Lana Del Rey - autentyczna piosenkarka, która podbije świat

Autor: Grzegorz Płóciniak, 17.12.2011 o 12:19
Pragniemy oglądać autentyczne gwiazdy - te które kwitną za sprawą swojego talentu, nie działań sztucznie wykreowanego wizerunku. Dlatego w momencie zetknięcia się z taką artystką, jak Lana Del Rey, zaczynamy ją uwielbiać. Jej popularność zaczęła się od YouTube'a i aż ciężko nie być sceptykiem twierdzącym, że to jest zbyt dobre, aby mogło być prawdziwe. A już na pewno nie może być, jeśli po umieszczeniu zaledwie trzech piosenek w Internecie, udało się sprzedać wszystkie bilety na koncert w Londynie w ciągu zaledwie pół godziny!

Ale zacznijmy od początku. Kim właściwie jest Lana? Jej prawdziwe imię brzmi: Elizabeth Grant, natomiast sceniczna nazwa jest połączeniem imienia jednej z aktorek Hollywoodu: Lany Turner i nazwy samochodu: Forda Del Rey. Jest córką milionera i inwestora domenowego Roba Granta. Urodziła się i dorastała w Lake Placid, mieście w Nowym Jorku, zbliżonym do granicy kanadyjskiej, które sama opisuje enigmatycznie jako: "najzimniejsze miejsce na ziemi".

Kiedy miała piętnaście lat, wyjechała do szkoły z internatem w Connecticut. Niestety ze względu na bycie typem samotnika prawdopodobnie nie było to dla niej najlepsze miejsce. W wywiadzie dla The Guardian powiedziała:
Będąc nastolatkiem, przebywanie w jednym miejscu jest niebezpiecznie, ponieważ jeśli ludzie cię nie lubią, nie możesz od nich uciec. Wtedy zaczynasz myśleć, że świat już zawsze taki będzie.

Na temat swojego dzieciństwa, Lana mówi raczej niechętnie. Wspomina jedynie o młodszym rodzeństwie i rodzicach, którzy byli "w porządku", w stosunku do jej kariery muzycznej. Wiemy też, że sama nauczyła się grać na gitarze, a hip-hop był jej pierwszą muzyczną miłością - szczególnie Biggie Smalls i Eminem. Później, kiedy przeniosła się do Nowego Jorku aby studiować metafizykę, odkryła Boba Dylan'a oraz Leonarda Cohena. A następnym ulubionym zespołem stała się Nirvana, co przetrwało zresztą do dzisiaj.

Lana Del Rey w branży muzycznej była trochę wcześniej, zanim przybrała tą nazwę. Zdążyła wtedy (w 2010 roku) stworzyć minialbum zatytułowany "Kill Kill" w niezależnej wytwórni, razem z producentem Davidem Khane. Niestety współpraca została rozwiązana z niejasnych względów. Zapytana czy sama pisze swoje piosenki, odpowiada nieco obruszona: "Jeśli jest jakiś człowiek w pokoju, kiedy piszesz - on dostaje 50%".



Na szczęście 2010 rok przyniósł lepsze efekty. Pierwszy teledysk o nazwie "Kinda Outta Luck", pojawił się 27 maja i już wzbudził pewne zainteresowanie. Jednak coś, co wydarzyło się niespełna 3 miesiące później (13 sierpnia) przeszło wszelkie oczekiwania. Piosenka "Video Games" podbiła serca fanów i ruszyła na podbój wielu rankingów z różnych krajów. Razem z singlem "Blue Jeans", dotarła do pierwszej piątki najlepiej sprzedających się utworów w Amerykańskim iTunes w ciągu kilku godzin po ich wydaniu. I właśnie w tym czasie (o czym wspomniałem na początku) udało się sprzedać bilety na koncert w ciągu zaledwie pół godziny.

Przyszłość Lany wydaje się rozświetlać w kolorowych barwach. Wystarczy popatrzeć na jej najnowsze dzieło "Born To Die", stworzone już po podpisaniu kontraktu z Interscope Records. Bałem się, że przy podnoszeniu jakości teledysków, gdzieś straci się ten klimat amatorskich wykonań. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło.

Możemy za to obejrzeć intrygujący, nostalgiczny obraz, który połączony ze zmysłowym głosem, działa jak widok oazy, na spieczonej od słońca pustyni, w oczach spragnionych podróżników.

blog comments powered by Disqus